Dwójka Kielichów (11) 2009-11-11 17:19:19

„Co mu jest? Co mu jest?” pytałem chłopców o smutnych spojrzeniach w pędzącej desce ratunkowej, ale oni tylko smutnieli jeszcze bardziej i ściskali usta w sznurek. „Co mu jest? Co mu jest?” pytałem szamana w kitlu, ale ten tylko kiwał głową i mruczał słowa, których znaczenia nie rozumiałem. „Co ci jest? Co ci jest?” pytałem Danona, kiedy odzyskiwał przytomność, ale on tylko wzdychał cicho i mówił „mnie boli”

„Coś się zaczyna” powiedział szaman, po kilku godzinach„trudno jednak określić co.” „Ale jak to się skończy? Czy długo jeszcze będzie mu…” „W pół słowa, bo inaczej się nie da. Sam nie wiem. Jego stan na razie jest stabilny. Potrzymamy go na obserwacji przez dobę, a potem zobaczymy. Może wróci do domu. A może podamy go Nożycorękim na stół.” „To chyba ostateczność?”„Konieczność ma różne nazwy. Niech pan idzie do domu. Zadzwonimy gdyby coś się stało.”

Więc wróciłem, ale nie mogłem zasnąć. Obraz Danona i coś w rodzaju niepokoju nakładały się na wspomnienie Nienazwanego i tętniącą we mnie potrzebę bliskości. Leżałem nagi w łóżku i kwestią czasu było tylko kiedy zacznę pisać w głowie fantazje na temat jego i swój. I tak jak do pisania potrzebujemy dłoni, tak i ja postanowiłem wykorzystać swoją. Jej szybkie ruchy przyniosły mi ukojenie i sen. I mokrą plamę na prześcieradle.

Danone wyszedł dwa dni później. I od razu zabrałem go do Suzeja. Poznałem go kiedyś przez jednego z naszych klientów, wydawałoby się, że nieuleczalnie chorego. Tymczasem wystarczyły trzy wizyty i facet stanął na nogi, a my z wielką przyjemnością daliśmy mu optymalny poziom zgodności. Suzej,proszę pana, był cudotwórcą, w pełnym tego słowa znaczeniu. A uściślając-cudotwórcą dekonstruktywnym. Potrafił cofnąć proces fermentacji wina i napoić spragnionych wodą. Albo rozłożyć chleb do ziaren, by uczynić radość zlatującym się ptakom.

„Wyjdź z siebie” powiedział do Danona, a ten posłusznie stanął obok. W jego zarysie pulsowało białawe światło. Coś niby kulka,wielkości groszku, umieszczona tuż obok mięśnia sercowego. Suzej podszedł bliżej, mamrocząc do siebie pod nosem. „Co to jest?” spytałem, kiedy już się napatrzył. „Nowtór? Skupisko bakterii? Mały domek?” „Naskórek” Takiej  odpowiedzi nie spodziewaliśmy się. Popatrzyliśmy się na siebie zdumieni.”Ale to przecież niemożliwe” wybąkał Danone. „Niemożliwe, niemożliwe” w głosie cudotwórcy słychać było irytację pomieszaną z rozbawieniem „ale nie takie rzeczy pojawiają się w ludziach. Widzieliście jak wygląda miłość od środka?Albo na przykład takie niechciane wspomnienie?” Pokręciliśmy przecząco głowami.„To pierwsze to nic innego jak armia żołnierzy, wędrująca nieustannie od głowy,przez serce, aż do stóp. To walka i podbijanie. System immunologiczny wtedy wariuje. Zatacza się jak naćpany. A wojsko z uśmiechem zdobywa kolejne przyczółki. To drugie to osa,umieszczona z reguły na poziomie mózgu lub atakująca krtań. A tutaj mamy naskórek.Tylko…” „Tylko co?” zapytał pobladły Danone, korzystając z chwili na złapanie oddechu. „Tylko nie mam pojęcia co z nim dalej można zrobić. Z jakiegoś powodu pojawił się w tym miejscu i z jakiegoś powodu pojawił się właśnie u ciebie.”  Zapadła cisza. „Czy możesz go rozłożyć?”spytałem, licząc w duchu, że odpowiedź będzie przynajmniej prosta i jednoznaczna. Byłem w błędzie.. „Teoretycznie tak. Praktycznie, boję się o efekt. Bo to nie jest zwykły naskórek. To są płatki duszy. Lub jaźni- jeśli wolicie tę nazwę.” „Czyli?” „Czyli rozłożenie tej kuli może zająć mi trochę czasu. I do tego nie wiem co jest w środku. Mogę przypuszczać, ze to cos bardzo starego, zapomnianego, wypartego. A uwolnienie tego, niesie ze sobą wielkie ryzyko. Falę smutku, zalewającą każdego dnia coraz mocniej. Lub szaleństwo w czystej postaci. Erupcję treści nieświadomych, o ile przedostanie się do mózgu.” Kątem oka widziałem jak Danone coraz bardziej wciska się w fotel. „Niemożna z tym nic zrobić?” zapytał wreszcie. „Najlepiej będzie poczekać. Tydzień a może miesiąc. Może dłużej. I obserwować.” „Ale mnie to boli!” „Chcesz ryzykować?” Danone opuścił głowę. Myślał. Słyszałem jego ciężki oddech.Widziałem jak wystawia koniuszek języka, by oblizać wargi. „Póki co, dam radę”wyszeptał. Ale w jego głosie nie słyszałem pewności.

skomentuj (6)

Dwójka Kielichów (10) 2009-10-27 16:52:15

Czy miał Pan tak kiedyś, że spotkał człowieka, zupełnie sobie obcego, całkowicie nieznajomego i miał poczucie, że gdyby tylko dane wam było się poznać, to stworzylibyście coś czego się nie da zapomnieć? Że tam obok stoi, siedzi osoba, której częstotliwość pasuje do pańskiej i tylko ten cholerny szósty stopień oddalenia nie pozwala wam być ze sobą? Albo wrodzona nieśmiałość. Czy miał pan tak, że raz ujrzana osoba całkowicie zawładnęła myślami,prowokowała poranne wzwody, a pan mógł ją oskarżać tylko o przyjemną część pana snów? Bo o cóż więcej?

I właśnie dlatego ten dzień przestał być zwyczajny. Na samym końcu autobusu stal on, Nienazwany. Póki co.

I nawet nie miałem cienia wątpliwości, że te miejsce przeznaczone było dla niego. A moje było całkowicie bez znaczenia. Kobieta w brązowym płaszczu, kobieta w brązowej sukience, a pomiędzy nimi mężczyznaubrany na niebiesko. Mój ulubiony zestaw kolorystyczny. Krótkie, czarne włosy w pozornym nieładzie. 

Bo przecież wiemy, że chaos jest najtrudniejszy doosiągnięcia.

Na twarzy rysował mu się wyraz rozbawienia. A im dłużej spoglądałem na niego, tym bardziej udzielało mi się to odczucie.  Ciemna oprawa oczu, trochę chmurna, trochę nieodgadniona. W pewnym momencie zaczęliśmy uprawiać wzrokowy ping pong.Odbijałem piłeczkę jego spojrzenia, po to, by chwile później ze zwiększoną natarczywością zaatakować.

Nawet nie potrafię opisać tej ilości myśli, które przebiegały przez moją głowę. Szybkie kalkulacje wartości własnej na rynku singli, jeszcze szybsze obliczenia dotyczące jego, kim on jest, co tutaj robi,po co się pojawił czy ma kogoś czy może jest sam czy na pewno patrzy się na mnie, a może uśmiecha się do blondynki stojącej obok, ciekawe jaki jest w łóżku, ciekawe czy się poznamy, może powinienem do niego podejść, może to on podejdzie do mnie, dlaczego musze być taka ciotą, czy jeździ tym autobusem regularnie czy może powinienem zrobić coś, by zwrócić na siebie jego uwagę,ciekawe jak teraz wyglądam, dlaczego nie założyłem tej gładkiej koszuli, czy jemu na pewno o mnie chodzi, dlaczego wysiada?

Przystanek przed moim wyszedł i został mi tylko widok zatrzaskujących się szeleszcząco drzwi, za jego plecami. Postanowiłem, że następnego dnia będę wracał o tej samej godzinie.

Wiem co pan sobie o mnie myśli. To widać w pana oczach. Pan nawet nie próbuje ukryć swoje litości, bo trudno ten wyraz nazwać współczuciem.Tak, tez bym chciał być inny. Inny niż ten, który tutaj siedzi przed panem, wylewając z siebie potok słów.

Wieczorem opowiedziałem całe zdarzenie Danonowi, ale ten roześmiał mi się prosto w twarz. Oddałem mu w dwójnasób dopytując o szczegóły ostatniej randki. „Myślę, że zorientował się, iż nie będę go w stanie pokochać go tak jak tego chciał czy potrzebował.” „Po cholerę znów pakowałeś się w numerek na jedną noc?” „Nikt nie mówił, że na jednym spotkaniu się skończy” „Nikt też nie przysięgał ci grobowej deski”. „Słuszna uwaga” powiedział z pobladłą twarzą. A potem zemdlał.

skomentuj (2)

Dwójka Kielichów (9) 2009-10-17 13:14:54

Im bardziej zagłębiałem się w ten fotograficzny świat, tym bardziej czułem narastającą falę podniecenia. Mrowienie w podbrzuszu.Narastającą niecierpliwość dłoni.

Na którymś z kolei już zdjęciu wreszcie zobaczyłem Nieznanego.Stał za Zapamiętanym i miał coś takiego w oczach, że. Po prostu „że”. Tak bardzo wtedy chciałem się znaleźć tam obok niego, pod nim, z nim w sobie. On i jego, zaimek odmieniany we wszystkich przypadkach i  pozycjach. Wydrzeć Zapamiętanego ze zdjęcia i na jego miejsce wstawić siebie.Ożywić obrazek i zatracić się w nim. Poczuć rytmiczne pulsowanie, wykasować ból i dyskomfort oddawania się w posiadanie, tylko pulsować, pulsować, pulsować.

Złapałem oddech. A chwile później wycierałem rękę z kleistej substancji. Poczułem się zażenowany. Szybko rozejrzałem się dookoła czy ktokolwiek mógł  być świadkiem tego cosię zadziało. Na szczęście byłem sam w pomieszczeniu. Szybko zapiąłem rozporek,zebrałem zdjęcia i wrzuciłem je do pieca. Kufer postawiłem obok windy. Personel porządkowy z pewnością zabierze go nad ranem. Wyszedłem z piwnicy. Po drodze do wyjścia łapałem paranoję, że wszyscy pracownicy widzieli mój akt samozaspokojenia w piwnicy. Na pewno musieli go widzieć, powtarzałem sobie wgłowie, tam z pewnością są kamery. I nawet uśmiech sprzątaczki na do widzenia odebrałem jako złowroga kpinę.

Wyszedłem z pracy z myślą, że zadzwonię do Danona. Ale numer był chwilowo nieosiągalny, więc dałem sobie spokój i pojechałem do domu.  W autobusie czułem się trochę jak chłopak,który przed chwilą zrobił cos niedozwolonego, zakazanego i miał wrażenie, że wszyscy dookoła o tym wiedza. Że wszechświat przesyła mu kosmiczne znaki.

A potem o wszystkim zapomniałem.

Nie na długo.

Danone zadzwonił wieczorem. Już po jego głosie słyszałem, że moje przypuszczenia potwierdziły się. „ A tym razem co?” „Kot mu zdycha i jedzie z nim do weterynarza. A miałem wstąpić do niego wieczorem na poranną kawę.” Zdziwił mnie tym nieco „I kot będzie przeszkadzał?” „Niby nie, ale boję się o swoją alergię.” „A posuwał cię u siebie czy w twoim mieszkaniu?” Tymrazem Danone się nieco zdziwił. „A co to ma do rzeczy? U niego byliśmy” „I alergia się ujawniła?” Zapadła cisza. Po dwóch minutach przerwana soczystym przekleństwem. „Danone?” „Skurwiel nie miał w domu żadnego zwierzaka! Zadzwonię później.”

Pewnie płakał. Tak mi się wydaje, bo kiedy słyszałem go kilka godzin później, miał strasznie opuchnięte wargi.   

Moje Zycie bez Disneylanda nabrało nowego rytmu. Dziury czasu łatane na oślep i całkowicie bez sensu. Monitor telewizora, ekran komputera, słuchawka przy lewym uchu. Pornografia filmowa i uczuciowa.Ocieranie łez rękawami przyjaciół.  A żsam się zdziwiłem, że płaczu w sobie morze miałem. A przecież sam chciałem zakończyć, podarować sobie nowy początek.

Trwało to kilka tygodni. Mozolnego przyzwyczajania się do zapomnianego układu zero-jedynkowego. Jeden talerz, nikogo po drugiej stronie stołu. Jeden bilet, nikogo obok. Jedno ciało, nikogo kto by je ogrzał.Wieczorem, przed zaśnięciem, pozwalałem sobie na fantazje. O czekającej na mnie drugiej połówce, o bliskości pięciu zmysłów, o tym cudownym etapie się poznawania, kiedy to nawet nowo usłyszana piosenka zdaje się być wyzwaniem, bo prowokuje do pytania: czy i jemu się spodoba.

Rano miłość, wieczorem śmierć. Musiałem żegnać coraz to młodsze osoby i diagnozować wartość dodatnią pozornie niepasującym do siebie ludziom.

Pamiętam, jak dziś, że było to zaraz po Wielkim Święcie. W gabinecie siedzieli: Anna i Marlena, zawodowa wdowa, wraz z mężczyzną o błękitnych włosach. „Pewnie jest zza Oceanu”- pomyślałem sobie- „bo tylko tam tak pięknie otula ich starość.” Ku zdumieniu nas wszystkich mężczyzna zaczął intensywnie patrzeć się na mnie. „Pan mnie wysłucha”- powiedział przyciszonym głosem- „i niech pan sobie zapamięta, że nie ma po co przechodzić przez te drzwi.” „O czym pan mówi?” „Był pan tam raz i to wystarczy. Wydaje się panu, że można to złapać i zatrzymać, ale tymczasem jest inaczej. Jedyną osobą, która może w tym utknąć-będzie pan.” „Nadal nie rozumiem o czym pan mówi.” „O TYM miejscu. Pewnie Pana będzie inne niż moje. Ale to właśnie tam spełniają się fantazje.” „Jeśli tak,to czym się martwić? Czy jest coś złego w spełnionym marzeniu?” I  w tym momencie ugryzłem się w język. „Jest pewna różnica między marzeniem, a fantazją. Przynajmniej tego rodzaju, o którym teraz mówię. I, powtórzę to jeszcze raz, nie ma po co przechodzić przez te drzwi. A teraz wróćmy do badania.” I przestał się we mnie wpatrywać.

Po twarzy Marleny widziałem, że nigdy wcześniej takiego go nie widziała. Anna zachowała chłodny profesjonalizm. Tylko ja nie wiedziałem co mam zrobić z tą bezsensowną, jak mi się wydawało, informacją.  Jeśli zaś Pan myśli, że cała scena wyglądała jak na filmie, to jest pan w błędzie. Żadnego zwolnionego tempa, niepokojących smyczków czy utraty tła. Świeciło piękne słońce, szumiała klimatyzacja, a dzieci za oknem krzyczały do siebie w jedynie sobie zrozumiałym języku. Ot,zwyczajny dzień.

Tak mi się wydawało.

skomentuj (2)

Dwojka Kielichów (8) 2009-10-11 18:17:46

Pamiętam, że był dość młody. Około 40 lat. Gdyby nie zżerająca go choroba, pewnie określiłbym go mianem „zadbany” lub „atrakcyjny”.Jednakże czas i wirusy zrobiły swoje. Jego skóra zwiotczała i zapadła się. Był przeraźliwie chudy. Spełniony sen anorektyczki. Koszmar Rubensa. I tylko oczy pozostały niezmienione. Błyszczały. Rozszerzały źrenice kiedy obok przechodził przystojny facet. Śmiały się do mnie.

A więc siedziałem tak obok niego, starając się nie patrzeć na zegarek. Tragarz wyszedł na wyraźną prośbę umierającego, co nieco mnie zdziwiło. Ale cóż, klient nasz pan. Zostaliśmy sami. W kącie pokoju potężna waliza. Nieco obdrapana. Naklejki z różnych stron świata. Wyrobiona skórzana rączka.Całkowicie absurdalnie przemknęła mi przez głowę myśl, że kolorystycznie współgra ze ścianami. Że razem stanowią kompozycję, którą mógłby namalować Hopper.  Na pierwszym planie bagaż doświadczeń. W tle umierający człowiek. Umierający człowiek konający na tle obcego człowieka. Opłaconego człowieka. Zawodowo empatycznego człowieka. W seledynowym stroju. Z czarną opaską na ramieniu. Na tle rozszalałego słońcem kwietniowego popołudnia,przebijającego się do pokoju przez żaluzje.

„Przykręć je mocniej” powiedział „razi mnie” A po chwili:„Czy nie uważasz tego za ironię? Tam zawsze wyglądałem młodo. Na zdjęciach w cieniu pikseli. W filmach w blasku kamery. Tutaj jak kupa ścierwa.” „Zupełnienie wiem o co panu chodzi” Przymknął oczy. „Otwórz kufer i przejrzyj jego zawartość. Nie bój się, nie ugryzie cię.” Zwlekałem, bo tak właściwie nie wiedziałem co mam zrobić. Niby wszystko było tak jak zawsze, ale wyczuwałem w powietrzu jakieś niedookreślenie. Tak jak podczas czytania ogłoszeń matrymonialnych. „Otwórz, proszę.”

W środku trwała impreza. Choć „orgia” byłaby właściwszym słowem.  Czarne penisy, białe penisy i te żółte. Potężne i nieco mniejsze. Obrzezane i z dumnym kapturem napletka.Nabrzmiałe, sterczące, na granicy wybuchu. Nie były ważne twarze, choć i te pojawiały się sporadycznie w tle. Ważny był rozmiar, pozycja i grymas. Bólu z domieszką przyjemności. Choć może było na odwrót? „Zagrałem we wszystkich”powiedział cicho „Byłem bohaterem wyobraźni mas. Zakładali na mój temat grupy dyskusyjne. Prosili o odlew mojego członka. Zazdrościli mi.” „Czego? Popularności?” „Głupiutki jesteś. Możliwości. I tego, że nie musiałem fantazjować”. Uniosłem brwi. „Nie rozumiem.”  „Tego, że wszystko było namacalne. Że nie musiałem się z nikim identyfikować. Że byłem sobą”.

A potem umarł.

Ruszyła procedura. Na samym początku przyszli pielęgniarze,młodzi chłopcy, o oczach zbyt pełnych smutku, jak na ich wiek. Odłączyli aparaturę. Potem przyszedł lekarz w aureoli stażystów. Naukowo stwierdzili zgon. Przyszedł Odsysacz i ściągnął z niego krew.  Później kilka pań i kilku panów.  A na końcu nie zostało nawet w gniecenie wprześcieradle.

Zabrałem skrzynię i wyszedłem z pokoju. Czekała mnie teraz jeszcze utylizacja bagażu. W piwnicy umieralni numer pięć znalazłem dla siebie spokojny kąt, by przejrzeć wspomnienia zapamiętanego. I choć na zewnątrz zmieniło się tak wiele, to w środku nadal, w najlepsze trwała impreza. Wyjąłem zdjęcia i zacząłem je oglądać. Większość z nich była podpisana. A wszystkie bez wyjątku, pochodziły z planów filmowych. Pewnie już pan się domyśla, że nie byłyto obrazy najwyższych lotów. Choć, na upartego, to określenie oddawało ich całą istotę. Chodziło bowiem o to, by móc uwierzyć, że można tak latać. Orgazm za orgazmem, spazm za spazmem, a wszystko starannie wyreżyserowane i ozdobione sztucznymi diamentami. Zapamiętany na zdjęciach to prężył się, to wyginał.  Bawił się sam, bawił się kimś, stawał elementem bardziej skomplikowanego układu. Posiadał. Był na górze, z rzadka dopuszczając kogokolwiek do zagłębienia się w sobie.

skomentuj (1)

Dwójka Kielichów (7) 2009-09-30 20:46:44

Zastanawia się pan pewnie czemu obsługiwaliśmy zawodow ewdowy, a odmawialiśmy zawodowym dziewicom? I w jednym i w drugim wypadku przecież chodziło o pieniądze. Ale proszę nie zapominać, że my tylko diagnozowaliśmy zgodność i dopasowanie. I proszę pamiętać, że dawaliśmy dziesięcioletnią gwarancję na stałość i zadowolenie w związku. Podobnie zawodowe wdowy spisywały kontrakty ze świętej pamięci mężami. Profesjonalne dziewice za jakość swoich usług świadczyły przed osobą trzecią, a nie przed samym zainteresowanym. I tutaj, jak dla całej naszej trójki, kryła sięnieuczciwość.

Poza tym, to te pierwsze częściej spotykałem w jednej z wielu umieralni Martwych Miast. Tych drugich nie widziałem tam nigdy.

Dziwi się pan? Dla mnie to normalne. Miłość i śmierć zawsze idą w parze. Kiedy przychodziłem powiedzieć klientowi, że jego czas upłynie za trzy godziny, widziałem najpiękniejsze gesty czułości, słyszałem najdelikatniejsze słowa oddania ze strony jego bliskich.

W umieralni zwykle pracowaliśmy parami. Pojawiałem się dokładnie trzy godziny przed zgonem. Ni mniej, ni więcej. Razem ze mną szed łtragarz. Na wózku wiózł bagaż doświadczeń umierającego. A potem to wszystko razem otwieraliśmy, oglądaliśmy i segregowaliśmy. Trzy godziny to wystarczająca ilość czasu na to, by zdecydować, które z naszych doświadczeń chcemy przekazać przyszłym pokoleniom.

Zdarzało się i tak, że niektóre z nich chowaliśmy lub na miejscu paliliśmy, dokonując jedynych w swoim rodzaju egzorcyzmów.

A potem na salę wpuszczaliśmy rodzinę czy najbliższych. Po obdzieleniu ich wspomnieniami, salę opuszczał tragarz. Ale ja musiałem zostać do samego końca. Na początku swojej pracy czułem się jak intruz. Przyłapany na ukradkowym podglądaniu najintymniejszego procesu, jakim jest żegnanie się z życiem. To prawie tak, jakby podsłuchiwać czyjąś modlitwę. Rodziny biły się w piersi, za popełnione grzechy. Współmałżonkowie przyjmowali komunię z ostatnichwspólnych chwil. A oni umierali, składając się w ofierze tym, którzy mielinadejść. Nieustanny ciąg śmierci i życia. Poczęcia i ostatniego oddechu.

A gdy już opadły powieki. I w powietrzu wybrzmiało ostatnie uderzenie serca. Zapalałem świece. Zaczynałem słuchać ich opowieści. Historii ocalałych. Pytań, na których nie znam odpowiedzi. Płaczu, który musiał kiedyś przeminąć.

Tak wyglądała moja posługa.

Przeciętnie na klienta przeznaczałem sześć godzin. Krócej ,jeśli chodziło o dzieci. Ale nie lubiłem z nimi pracować i  brałem je tylko na zastępstwach. Wolałem starców. Ich kufry były wypełnione aż po brzegi. I nieraz można było w nichw ygrzebać prawdziwą perłę. A kiedy umierał samotnik, mogłem w jego wspomnieniach tkwić godzinami.

I właśnie tam, po raz pierwszy przydarzyło mi się coś dziwnego.

skomentuj (3)

Dwójka Kielichów (6) 2009-09-23 15:24:52

O ile, we wszystkich badaniach chodziło o zgodność. O tyle sprawa inaczej się miała z Księżycem.  Doskonale pan wie, że stosuje się go w badaniach kadry kierowniczej i przyszłych artystów. Im mocniej odbija blask, tym większą charyzmę ma dana osoba. My, postanowiliśmy go wykorzystać do badania dopełniania się pary. Az dziw bierze, że nikt przed nami nie wpadł na ten pomysł. A przecież wydaje się to tak oczywiste. Jeśli para ma stanowić całość, to musi się wzajemnie uzupełniać, przy jednoczesnym różnicowaniu. Dwa zbyt mocne światła oślepiają i zamazują obraz rzeczywistości. Zbyt słabe, błąkają się samotne po pustej przestrzeni. Skrajne, choć uzupełniają, to jedno pochłania drugie. Tylko wzajemnie zrównoważone może oświetlić wystarczająco, pozostawiając tym samym miejsce na drugie. Czy jeśli jing i yang narysujemy niepewną kreską to odda to harmonię rzeczywistości? Nie sądzę. Dlatego stawialiśmy ich, każdego z osobna naprzeciwko Księżyca, a on, podłączony do swojej aparatury produkował zakresy.

Dla tych, którzy płacili więcej mieliśmy też inne rzeczy  w ofercie. Choreometrykę, zliczającą ze stuprocentową pewnością, aspekt seksualny związku. Testy smakowe. Powierzchniowe i nieinwazyjne badania podatności na dotyk.

W sytuacjach trudnych natomiast stosowaliśmy metodę „Ciemnej Strony Księżyca”. Z wiadomych względów nie stosowaliśmy jej wobec wszystkich zainteresowanych. Raz, że nie zawsze było ku temu potrzeby. Dwa, bo nie każdy z nich potrafił znieść wgląd w kryjąca się w nim ciemność.

Po raz pierwszy zastosowaliśmy ją na samym początku praktyki. To była pozornie dobra para. Prawie wszystkie badania wyszły im pozytywnie. Ale zarówno Księżyc, Anna, jak i ja mieliśmy dziwne przeczucie, że coś nam nie do końca pasuje. Przeczucie spotęgowane faktem, że on, zbyt długo patrzył na zdjęcie, którego nie wybrał, ale i nie mógł wybrać. To było proste  ujęcie. Tyłem do kadru stał człowiek w mundurze, broń uniesiona do góry. A przed nim, na drugim planie, cztery osoby. Całkowicie anonimowe. Ale rozpacz w ich oczach dostrzegalna była nawet dla niewprawnego obserwatora.

W trakcie drugiej rozmowy okazało się, że wszystkie kobiety, z którymi się spotykał, kończyły życie w dziwnych okolicznościach. Jedna miała atak serca, inna wyjechała do sklepu i nigdy już nie wróciła, jeszcze kolejna zginęła podczas kąpieli. Z płynem i radiem w wannie. Facet był autentycznie przerażony. I tak właściwie nie chciał gwarancji na stałość związku, ale na życie kobiety, z którą się spotykał. A my tego nie mogliśmy dać. Dlatego postawiliśmy go naprzeciwko Księżyca, a ten zmierzył jego mrok. Czegoś takiego nie widziałem nigdy wcześniej, ani nigdy później. Ciemność była tak absolutna, że nieomal namacalna. Czułem jak oblepia każdą część mojego ciała, jak wypełnia mój umysł, jak pochłania każde światło na swojej drodze. Była furią i agresją. Wściekłością, która wyrwała się spod kontroli. Była przeciwieństwem oświecenia. Totalnym zaćmieniem psychiki.

Nie wierzę w to, że czyściec jest miejscem pomiędzy piekłem, a niebem. Wierzę, że czyściec jest miejscem na ziemi. Bo tylko tam, gdzie grzech popełniono, tam można go odkupić. Zadziwiające, jak teologowie zgodni co do metaforycznego ujęcia świętych ksiąg, twardo upierają się przy fakcie, że podczas sądu ostatecznego powstaną z grobów ciała zmarłych. Zadziwiające tym bardziej, że przyznają tym samym ciału znacznie większe znaczenie, niż oficjalnie głoszą.

A on pokutował. Nie za grzechy ojca czy dziadka. Za siebie, w poprzednim życiu. Tym podczas którego na froncie morował niewinne ofiary. Jako żołnierz, maszynka do zabijania bez wyrzutów sumienia. A czy istnieje większa kara niż obserwowanie jak odchodzą wszyscy nasi bliscy? Chyba tylko ta, kiedy tracimy drugą osobę w momencie naszego największego w niej zakochania.

Powiedzieliśmy wtedy „nie”. Dziewczyna wyjechała do innego miasta. Co z nim się dalej stało, tego zupełnie nie wiem.

Z metody korzystały chętnie zawodowe wdowy. Istniał między nami układ, my mierzyliśmy głębię mroku ich potencjalnych świętej pamięci mężów, one bez mrugnięcia okiem płaciły każdą zażądaną stawkę. Dosłownie każdą. W końcu było tak wiele spraw, o których mogły nie wiedzieć. Nieślubne dzieci, obciążone hipoteki, niesprawne konta bankowe. Myśli pan pewnie, że to nieetyczne. Heh, w wypadku ich, nazwijmy to oblubieńców, etyka nie grała roli. Samotni milionerzy z wyznaczoną datą śmierci, nie mieli czasu by szukać prawdziwej miłości. Kupowali więc ją od nich, a one opiekowały się nimi do samego końca. Czyniąc z tego zawód wykonywany z maestrią i prawdziwym poświęceniem. Kiedy nadchodzi etap pieluch, namaszczania odleżyn i oddychania przez rurkę, nawet największe ideały potrafią wziąć w łeb. A zawodowe wdowy dawały pisemną gwarancję, że w ostatnich minutach będą przy nich. Dlatego potrzebowały naszego zapewnienia, że po śmierci odziedziczą majątek. Bez niespokojnych myśli czy przypadkiem, niczym diabeł z pudełka, nie pojawi się jakiś potomek, bankier czy wściekł wierzyciel. Mężów świętej pamięci nie  interesowała już gotówka. Dla nich, była godziwą zapłatą za wykonaną usługę.

W przeciwieństwie do zawodowych wdów odmawialiśmy obsługiwania profesjonalnych dziewic. Z reguły wynajmowali je zatroskani rodzice, potrzebujący udowodnić sobie, że ich dziecko nie jest odmieńcem, dewiantem seksualnym. Albo charyzmatyczni terapeuci wyznający terapię emocjonalno- szokową. Od czasu do czasu trafiali się również zdesperowani scenarzyści komedii romantycznych, mający nadzieję, ze tym razem klient ich czymś zaskoczy. Okaże się seryjnym mordercą, sfiksowanym poetą czy diabolicznym niedoszłym zakonnikiem.

skomentuj (4)

Dwójka Kielichów (5) 2009-09-12 10:12:14

W czasach, kiedy otwieraliśmy naszą firmę, na rynku działały tylko zwykłe agencje matrymonialne, kojarzące poszukujących i poszukiwanych. My postanowiliśmy pójść dalej. Zaoszczędzić czas i pieniądze tych, którzy już się poznali, ale jeszcze nie do końca wiedzieli czy to jest to i czy dalej inwestować. Czy może zmienić obiekt. Nasz pomysł był bardzo prosty. Pary, które miały za sobą pierwsze spotkanie i chciały się dowiedzieć czy wyniknie z tego coś poważnego, przychodziły do nas. A my rozmawiając, obserwując i analizując, wyrokowaliśmy. „Tak” jeśli związek miał przetrwać przynajmniej dziesięć lat, „nie” jeśli miał skończyć się przed upływem trzech miesięcy. Na jedno i na drugie dawaliśmy dziewięćdziesiąt dziewięć procent gwarancji. Czyli nieomal tyle co prezerwatywa. Oczywiście za pewną dopłatą można było zwiększyć pewność, do kilku miejsc po przecinku. Ale na to z reguły decydowały się jedynie zawodowe wdowy.

Sama procedura nie była za bardzo skomplikowana. Zaczynaliśmy od krótkiej rozmowy, podczas której kandydaci, otoczeni ze wszystkich stron nagrywającymi ich kamerami wykonywali kilka prostych czynności. Oglądanie albumu ze zdjęciami z ważnymi wydarzeniami z historii, przemieszanymi z fotkami z nieistniejących albumów rodzinnych. Wybieranie jednego zdjęcia, które ich najlepiej określa. Wszystko oczywiście tak, by jedno nie widziało na co pokazuje drugie. Później wspólna rozmowa. Kilka prostych pytań o zainteresowania, marzenia, wzajemne oczekiwania. Swobodna wypowiedź na wylosowane pytanie.

Na przykład?

„Jeśli świat miałby się skończyć za godzinę, czego najbardziej żałowałbyś, ze nie uczyniłeś w życiu?”

„Jeśli nikt by tego nie wiedział, to czy rozdałbyś wszystkie swoje pieniądze ubogim?”

„Jeśli nagle stanąłbyś w twarz ze swoim sobowtórem, jak byś zareagował?”

„Czy gdybyś był fałszywie oskarżony o przestępstwo, znalazłaby się choć jedna osoba, która uwierzyłaby w twoją niewinność? Kto?”

Zdziwiłby się pan wiedząc, jakie rzeczy ludzie wtedy opowiadają. Zwłaszcza, jeśli chcą zaimponować drugiej osobie.

Następnie szybkie badanie optyczne. Siedem bram, każda w innym kolorze. Czerwona, pomarańczowa, żółta, zielona, niebieska, fioletowa i biała. Za każdą z nich pomieszczenie utrzymane w tej samej tonacji. Sprawdzanie reakcji oka na otoczenie.

Przedostatnim zadaniem był test zapachowy.

Na samym końcu przyjmował ich Księżyc.

Proszę wybaczyć, że nie tłumaczę po co to wszystko służyło. Wiem, że brzmi to z pewnością enigmatycznie, a nie chciałbym, by pan się pogubił.

Test  zapachowy to czyste badanie feromonów. Najlepiej by przyciągały się jak magnes i uzupełniały niczym dwa jego bieguny. Optyka to badanie reaktywności emocjonalnej. Od razu odrzucaliśmy tych, którzy kiepsko tolerowali fiolety. Nie ufaliśmy pomarańczowym. Obniżaliśmy punktację za preferencję bieli i zieleni.

Wybór zdjęcia był rzeczą bardziej skomplikowaną. Nie chodziło tam o zwykłe dopasowanie wyboru osoby X do wyboru osoby Y. Na kamerach nagrywaliśmy ich cielesne reakcje na przedstawione tam sytuacje. A potem porównywaliśmy. Czy źrenice u obydwojga rozszerzają się przy fotografii z pola wojny, czy unosi się kącik ust na widok umorusanego czekoladą dziecka, czy spinają dłoń na oparciu krzesła patrząc na zdjęcie ze stołu operacyjnego.

W rozmowie nie interesowało nas to co mówią. Bo przecież sam pan doskonale wie, że słowa mogą więcej zakryć niż odsłonić. My zwracaliśmy uwagę na to jak mówią. Jak układa się modulacja głosu, ile przeciętnie wypowiadają słów w zdaniu, jakich części mowy używają. Zliczaliśmy każdy rzeczownik, czasownik, przymiotnik i przysłówek. Dbaliśmy o zaimki, przyimki, wielkim pietyzmem darząc wszelkiego rodzaju spójniki.

Naszym małym sekretem był oddech. Proszę sprawdzić, że kiedy wieczorem zasypia pan przy drugiej osobie, to jedno z was stara się dopasować rytm wdychania i wydychania do drugiego. W rozmowie jest podobnie.

Z tego wszystkiego skupialiśmy się na podobieństwach. Porównywaliśmy otrzymane wyniki, zebrane dane od jednej i od drugiej strony. Jeśli były zgodne w minimum siedemdziesięciu procentach, mówiliśmy „tak”. Poniżej czterdziestu, mówiliśmy „nie”. Ci, którzy byli ze sobą zgodni na dziewięćdziesiąt procent, z reguły okazywali się hochsztaplerami, dziennikarzami, pracownikami z konkurencyjnej firmy. Oczywiście zdarzał się i w tym odsetek autentycznych, ale i ich odsyłaliśmy do domu, z wynikiem negatywnym. 

Dlaczego? Nie pamięta pan jak mówiłem o lustrach? To co tożsame może przynieść jedynie chłodny dotyk szklanej powierzchni. Ideały zawsze są lodowato zimne.

Grupa pomiędzy, to byli ci, którym proponowaliśmy konsultację po trzeciej randce. Za obydwie, tak jak i za kolejne badanie, płaciła firma. Tych było najmniej. Uczucia, wbrew wszystkiemu, bardzo szybko się polaryzują.

Przepraszam, muszę się napić wody.

skomentuj (5)

Dwójka Kielichów (4) 2009-09-06 16:41:55

Parę razy konfrontował się z rzeczywistością o wiele szybciej niż sam by tego chciał. Zwłaszcza w momentach, w których orientował się, że facet, którego ściąga z nieboskłonu, jest tym którego kilka godzin wcześniej wciągał w jak najbardziej grawitacyjne sprawy, fizyczne tarcie i biomechanikę.

Że jak? Na pewno spotkał się pan z łapaczami. Chodzą po mieście z drabinami lub snują się po dachach. Przeważnie o poranku. To najbardziej zdradliwa pora dla zdradzających mężczyzn. Powietrze jest wtedy zadziwiająco rzadkie, a ich duma tak ich rozpiera, tak roznosi świadomość faktu, że udało się po raz kolejny mieć ciasteczko i zjeść je jednocześnie, że tracą grunt pod nogami. Dosłownie wynosi ich w powietrze. Nieraz zaczepią się o parapet, wplątują w gałęzie drzew, pół biedy. Gorzej jeśli dopadnie ich na nieosłoniętym terenie. Szybują wtedy wysoko, a ich ego zamiast dumy zaczyna trawić strach. Wtedy oni lub ktoś z ich znajomych dzwoni po łapacza. A ten, swoimi metodami ściąga go na ziemię. I odprowadza pod wskazany adres.

Danone pracował w jednej z takich firm. Dlatego kilkakrotnie,  z rozgoryczeniem w głosie, opowiadał jak to jego były kochanek i niedoszły facet nagle okazywał się drugą połową całkiem udanego gejowskiego małżeństwa. Lub przykładnym ojcem rodziny, pod przykrywką piwa z kumplami, penetrującym branżowe lokale, penetrującym branżowe ciała.

Niech pan kiedyś wyjdzie z domu o czwartej nad ranem i popatrzy się wysoko w niebo. Albo z latarką omiecie korony drzew. To jedyna szansa, by spotkać wiszącego w powietrzu i zobaczyć łapacza w akcji.  Później powietrze staje się cięższe, nie pozwala na oderwanie od ziemi, nie zmienia skoku w bok na skok wzwyż. Poza tym, to przecież niemoralne. Niewierni nie powinni przecież być tak blisko nieba. Dlatego w skład każdego zespołu oczyszczania miasta wchodzi jeden do dwóch łapaczy. Ale proszę mi wierzyć, nie chciałby pan skorzystać z ich usług. Z reguły są nieprzyjemni. A już na pewno nie zapewniają anonimowości.

Rozumie więc pan moją aluzję?

Danone nie rozłączył się. Rozmawialiśmy. O powodach, przyczynach i wszelkich możliwych kombinacjach. Jego motywach i moich obawach. Ale nie zapłakałem. Ani z powodu tego co już zamknięte, ani z powodu lęku tego co przede mną.

Na łzy pozwoliłem sobie dopiero kolejnego dnia. Po powrocie z pracy. Pamiętam, że był to ciężki dzień. Rano badanie zgodności trzech par, wieczorem wizyta w placówce i czekanie na śmierć. I chyba to pierwsze było dla mnie większym wyzwaniem. Rozpad miałem za sobą, a przed południem musiałem patrzeć prosto w twarz ludzkiemu szczęściu. I wiedzieć, że im się powiedzie

skomentuj (6)

Dwójka Kielichów (3) 2009-08-22 16:34:07

Utrzymywanie chwiejnego status quo tak mnie pochłaniało, że zupełnie straciłem z oczu Jego. Skupiony na własnych odczuciach i sposobach maskowania się przestałem kompletnie zwracać uwagę na to co czuje. Oczywiście, rozumiałem słowa, które do mnie wypowiadał. Nasze konwersacje przy stole nie straciły nic ze swojego poziomu, a rozmowy z przyjaciółmi nadal skrzyły się dowcipem. Jednak tak wszedłem w rolę, że nagle straciłem całkowicie rozgraniczenie pomiędzy sobą, a mną. W swoich reakcjach czułości byłem tak przekonywujący, że sam nagle zacząłem się zastanawiać gdzie leżą granice? Czy prawdziwy jest ten nienazwany, bohater odkrycia środka nocy czy być może aktor przed nim, przed światem, a przede wszystkim przed sobą.

I wie pan co się stało? Uwierzyłem w widok w lustrze. Odbicie było tak autentyczne, że aż chciało się w nie wierzyć. Znów czekałem tylko na niego, dla niego zacząłem chodzić na siłownię, do fryzjera, do solarium i perfumerii. Kupować nowe ubrania, gotować nowe potrawy, przyjmować nowe pozycje. I były tam takie chwile, w których czułem się autentycznie szczęśliwy. Jak wtedy kiedy jechaliśmy samochodem, w tle szumiała muzyka, a dookoła padał deszcz. A mi wystarczyło, że siedzi obok i prowadzi ze mną zupełnie bezsensowną dyskusję o kafelkach.

Tylko czasami w nocy przychodziły sny. Tęsknota za innymi mężczyznami. Za porywem uczuć, a nie emocjonalną cepelią.

Pamiętam, jakby to śniło mi się wczoraj, ten sen razem z nim. Szliśmy razem ulicami mojego miasta. Noc była ciemna. W pewnym momencie przystanął. Spojrzałem na niego ze zdziwieniem. „Dalej musisz pójść sam” powiedział patrząc mi w oczy. „Ale dlaczego?” spytałem. A on uśmiechnąwszy się powtórzył tę samą odpowiedź. „Przecież miałeś mnie odprowadzić!” „Ale dalej musisz pójść sam.” Odpowiadał z niezmąconym spokojem. I skręcił. A ja, w upiornym oświetleniu latarni, przemykając pomiędzy obdrapanymi blokami, metalowymi marketami i cuchnącymi moczem śmietnikami, dotarłem do domu.

Tutaj kończy się sen.

A następnego dnia powiedział mi, że mnie już nie kocha. I, że odchodzi.

Pierwszą osobą, która dowiedziała się o naszym rozstaniu był Danone. Jak zwykle dzwonił po zakończonej pracy, nad ranem, z pytaniem czy może się umówić na badanie zgodności w mojej firmie. Jak zwykle był podekscytowany, pełen nadziei i wiary we wspólną przyszłość ze świeżo poznanym facetem, którego gościł w sobie nad ranem. Zwykle między drugą, a trzecią. Tym razem to miał być ten, jeden jedyny, który nigdy go nie zawiedzie i będą razem do końca dni jego lub Danona. Ewentualnie do końca świata. W zależności od tego co nastąpi pierwsze.

„Nie teraz Danone” powiedziałem dość nieprzyjemnym głosem, bo euforia w jego głosie podziałała mi na nerwy „Wczoraj rozstałem się z Disneylandem. Lub uściślając to on się rozstał ze mną.” Po drugiej stronie słuchawki zapadła cisza. I wie pan, dopiero w tym momencie zorientowałem się co tak naprawdę się wydarzyło. I że rozstania nie dotyczą jedynie dwójki ludzi, ale zmieniają świat dookoła. Zwłaszcza jeśli ma się na plecach etykietkę „para idealna”.

„Płakałeś?” usłyszałem. „Nie potrafiłem. Siedziałem przez kilka godzin w kuchni, odpalając jednego papierosa od drugiego. Piłem wino. Wspominałem to co było fajne. Oglądałem nieaktualne już zdjęcia. Ale nie umiałem zapłakać.” „Nie obraź się, ale zawsze wydawało mi się, że to ty będziesz pierwszym, który zerwie. Jeśli zerwie.”

Czy i pan określiłby to jako nieszczęście spełnionego marzenia? Bo przecież tak naprawdę o niczego innego w pewnym momencie nie pragnąłem. I nagle zdarzyło się, a ja niczym katatonik… A ja, zamiast się cieszyć, czułem smutek. Czy była to wina czy zasługa dobrze skrojonej maski, do dzisiaj nie wiem. Ale bolało jak diabli.

„Zaczekaj, zapalę.” A Danone peorował dalej. „Płaczę po każdym z nich. Choć tak właściwie to płaczę nad sobą.” „Masz w takim razie niezłą wprawę” wysapałem jadowicie „czy i na jutro przygotowałeś komplet chusteczek?”

Niech pan się tak dziwnie na mnie nie patrzy. To była szczera prawda. Wie pan skąd wzięła się jego ksywka? Pamięta pan reklamę jogurtów? „Oddaję tobie, co kryję w sobie” głosiły hasła reklamowe i wypisz, wymaluj pasowało to do niego. Był żywą legendą, choć sam o tym nie wiedział, klubów gejowskich. Jak zawsze potrzebujących młodych i naiwnych, którym wystarczyło parę drinków, parę ciepłych słów, a szli już jak w ogień, gotowi na wszystko. I, o ile większość z nich, szybko uczyła się, że wspólne lądowanie w pościeli nie jest jednoznaczne z drugą randką, a tym bardziej ze stałym związkiem, o tyle Danone był odporny na ten typ wiedzy. Jego prześcieradła widziały więcej męskich pośladków niż toalety na stacjach benzynowych. A on sam był w miejscach, o których nawet nie przypuszczał, że istnieją na planach miasta. Nieomal z każdym osiedlem, z każdym zakątkiem miał wspomnienia. I co było najbardziej fenomenalne, wszystkie, bez wyjątku pozytywne. Danone naprawdę ufał poznawanym mężczyznom. Wierzył w ich słowa i zapewnienia o wyłączności i dozgonności. A oni wykorzystywali to przeciwko niemu. Z reguły dawali nadzieje na kolejne spotkanie. Po czym okazywało się nagle, że babcia im umiera, muszą wyjechać w delegację służbową lub odprowadzić samochód do warsztatu. Prosili więc o kilka dni, umawiali się na jutro, po czym rozmywali w tłumie miasta. „To przecież nie miało być na jedną noc” płakał mi potem do słuchawki. A oni nie odbierali jego telefonów, ignorowali maile. Z podziwem patrzyłem jak rozwija coraz bardziej wymyślne strategie samooszukiwania się. Przerażało mnie natomiast, że w większości wypadków próbuje ich usprawiedliwiać, biorąc winę całkowicie na siebie. Wymyślał setki powodów dla których mieliby się z nim już więcej nie spotkać. Po czym w najmniej oczekiwanym momencie docierało do niego, że po raz kolejny go wykorzystano. Lub, co gorsza, po raz kolejny dał się wykorzystać.

 

tbc...

skomentuj (5)

Dwójka Kielichów (2) 2009-07-31 09:05:03

Z pewnością można powiedzieć, że był to dla mnie punkt zwrotny. Choć zastanawiam się, czy tak właściwie, tego właśnie nie można było określić mianem sprawdzianu miłości. A nie żadne tam dziecinne zabawy w „złap mnie”.

Aj, nie rozumie pan. To był mój pomysł. Kładłem się na krawędzi łóżka i krzyczałem do niego „złap mnie!”, jednocześnie wychylając się coraz mocniej ciałem, tak, ze istniało ryzyko, iż spadnę twarzą na podłogę. I choć prosił mnie, bym tego nie robił, od czasu do czasu sprawdzałem,  w tej idiotycznej grze, jak bardzo mu na mnie zależy. Któregoś dnia, zdenerwowany, postanowił dać mi nauczkę. Wiedziałem, że nie złapie mnie, ale nie potrafiłem przestać. Nie, nie „potrafiłem”, nie chciałem. Więc całym ciałem uderzyłem w dywan, który zamortyzował upadek, z niewielkiej wysokości. I z poczuciem dziwnego triumfu patrzyłem jak zatroskany pochyla się nade mną. Jeśli dobrze sobie przypominam, to w tym miejscu poczułem satysfakcję, nieomal wyższość, że dopiąłem swego. Gdyby to była opowieść z morałem, to powinienem powiedzieć, że już więcej nie powtórzyłem tego wybryku. Ale nie, nieustannie testowałem go. I za każdym razem z wyższością syciłem się widokiem lęku w jego oczach. A jeszcze bardziej swoją pozorną władzą nad nim.

Ale, ale, mówiłem przecież o sprawdzianie miłości. Bo przecież w codzienności ona blaknie, ale tez i w codzienności nabiera ona nowego blasku, prawda?

Wiem, pan nie odpowie.

Chciałbym  powiedzieć, że tamtej nocy, tuż po swoim odkryciu, nie mogłem zasnąć. Ale sen przyszedł szybciej niż się spodziewałem. Jakby już wcześniej, gdzieś  we mnie, decyzja została podjęta. Przejrzałem, przyjąłem i zamknąłem oczy. Dnia następnego i każdego kolejnego pozornie było tak samo. Uśmiech na powitanie, pocałunek na pożegnanie. Ale coraz częściej łapałem się na tym, że moje uczucia oscylują wokół dwóch biegunów: obojętności i irytacji. Pół biedy, kiedy wywoływał we mnie to drugie. To znaczyło, ze jeszcze chcę walczyć, że do końca nie zgadzam się na zaistniałą sytuację. Ale coraz częściej jego słowa traciły dla mnie znacznie, gesty nużyły, a spotkania w łóżku kalkulowałem na zimno od wytrysku do wytrysku. Podczas rozmów telefonicznych maskowałem ziewanie. Z poczucia obowiązku wysyłałem smsa dziennie. W określonych sytuacjach przyjmowałem przećwiczony wcześniej wyraz twarzy. Zmuszałem się do entuzjastycznego „cześć” na powitanie.

Pojawiły się nowe zachowania. Wychodząc razem ubierałem się nie dlatego, by on czuł się dumny ze mnie, ale dlatego, by inni zwracali na mnie uwagę. Doszedłem do takiego stopnia zakłamania, że szykując się na dłuższą podróż pociągiem, myłem się bardzo dokładnie, perfumowałem, zakładałem czystą bieliznę, ot na wypadek jakiejś przygody. Coraz częściej wracałem też do wspomnień. Tych o początkach i towarzyszących temu uczuciom. Desperacko próbowałem wskrzesić tamten czas. I jednocześnie nie robiłem nic, by wybić się ze stanu obojętności. Wszystko odgrywało się jedynie w strefie marzeń.

Tak, ja tez widzę w tym sprzeczność. Ale przecież prosiłem pana, by wyłączył pan rozum. Jestem kiepski w myśleniu logicznym. Skutek i przyczyna to dla mnie dwa zupełnie obce pojęcia. Niech pan nie słucha, niech pan słyszy.

Może to i racja? Ja tez uciekam w świat etykiet. „Obojętność” i „irytacja” nazywają i uspokajają. Dają mi wymówkę. No bo jak starać ma się ktoś, komu tak właściwie jest wszystko jedno?

Mimo wszystko nadal byliśmy razem. Chociaż te określenie zakrawa na ironię. Każdego dnia czułem, że stoję na drugim brzegu rzeki i jedynie co mogę, to patrzeć się z oddali. Jedynie co nas łączyło to ta sama szerokość i długość geograficzna. Układ współrzędnych. Kupione szklanki, spędzone wakacje, grono znajomych. Milczenie na sali kinowej, daty świąt i szczoteczki, moja w jego, jego w moim mieszkaniu. Stabilizacja zamieniła się w stagnację, a ja byłem zbyt wygodny, by uczynić jakiś krok. Bycie w związku, dla związku, a nie dla drugiego. Oto czym zakończyłem swoje romantyczne marzenia. Codziennie w lustrze sprawdzałem czy na moich powiekach nie odkłada się kurz nudy. I codziennie z radością konstatowałem, że jednak nie. Byłem lepszy niż Dorian Gray. Byłem realny.


 

(cdn)

EDIT: wszystkie postacie i zdarzenia są tylko i wylacznie projekcją mojej wyobraźni i nie mają nic wspólnego z rzeczywistością, a zbieżność jest jedynie przypadkowa

skomentuj (3)

Dwójka Kielichów (1) 2009-07-19 17:49:42

Pan pyta co widzę. A ja chcę powiedzieć o tym co niewidoczne. O tym czego nie ma na planszy i nieważne pod którym kątem spojrzeć się na nią, tego tam po prostu nie ma.  Chcę opowiedzieć o tym co po drugiej stronie lustra. Pan przecież wie, że o oczach mówi się, że są lustrami duszy. I, proszę mi uwierzyć, na swojej drodze spotkałem wielu takich, którzy chcieli się w nich przeglądać. Podziwiać swoje odbicie, we mnie. A nie mnie. Długo wydawało mi się, że to zaleta. Póki nie zrozumiałem, że poza przeglądaniem się, żaden z nich nie oczekuje ode mnie niczego więcej. Że moja rola sprowadza się jedynie do odbijania. I zrzucam to na astygmatyzm, bo każdy z nich widział się lepszym, mądrzejszym i bardziej interesującym. A może faktycznie ich takich chciałem postrzegać? Nie wiem.

Ale czy myślał pan o samotności lustra?  Czy kiedykolwiek odbiło się ono w panu? Wyryło na tęczówce?

Jedynie jedno naprzeciwko drugiego. W przyrodzie rzadka rzecz.  Bo konfrontuje nas z otchłanią. Skojarzenia? Nicość i pustka. Bo nigdy nie wiemy co tak naprawdę tkwi na samym końcu. Rozmycie czy esencja.

I tylko samo zetknięcie przypomina nam o chłodnej tafli szkła, za którą nie ma już nic w co można wierzyć.  Być może dlatego, ze lustra są tożsame i stąd skazane na niepowodzenie.

Proszę wybaczyć ten wstęp. Chciałem opowiedzieć swoją historię. Chciałem, by ktoś jej po prostu wysłuchał i postarał się zrozumieć. Źle powiedziałem. Nie chcę, by pan rozumiał moją opowieść, chciałbym, by spróbował pan ją poczuć. Bo mógłbym sobie już na początku nalepić mnóstwo etykietek. Każda z nich pomocna w rozumieniu motywów mojego zachowania. Na swój sposób obiektywna, w rzeczywistości służy jedynie panu. To ona ma dać panu poczucie zrozumienia. Spontanicznego „acha”. Bezpieczeństwa płynącego z faktu, że nie trzeba czuć, a wystarczy jedynie obrobić intelektualnie. Hasło i desygnat. Nic mniej, nic więcej.

O jakich etykietkach mówię? Chwileczkę, dotrzemy jeszcze do nich.

Pan pozwoli, że zacznę. Doskonale wiem, że pewne szczegóły są już panu znane. Kawaler, trzydzieści lat, zawodowo zajmuję się miłością i śmiercią. Pierwsze: prywatny interes, to drugie służba państwowa. I jedno i drugie zapewniają mi dostateczne środki na życie. Choć właściwie powinienem użyć czasu przeszłego. Odkąd te rzeczy zaczęły dziać się w moim życiu nie byłem w stanie skupić się na pracy. Codziennie coraz częściej uciekałem w świat fantazji, nauczyłem się nią kierować, dodawać barw, kolorów, smaków i zapachów. I to też źle powiedziałem. Nie od początku byłem elementem aktywnym, że tak to określę, a jedynie pasywnym. Pozwalałem na dzianie się i czerpałem z tego, nie da się ukryć, przyjemność. Choć, by być jeszcze bardziej konkretnym, byłem aktywny w swojej pasywności.

Jak wszystkie historie, ta tez nie ma konkretnego początku. Być może stało się o owej nocy, kiedy obudziwszy się ze snu spojrzałem się na osobę leżącą obok mnie w tym samym łóżku. To co ujrzałem, przeraziło mnie. I nie dlatego, ze było tak straszne. Było po prostu banalne. Facet, którego kochałem chrapał.

A mnie zaczęło to irytować. Jego ciało, do tej pory dla mnie atrakcyjne, nagle objawiło się jako siedlisko nudy i przeciętności. Poznałem każdy pieprzyk na centymetrze kwadratowym, każdą bliznę i włosek, który wyrastał w nieodpowiednim miejscu. Odruchy, gesty i zachowania. Drganie lewego kącika ust, kiedy językiem zbliżałem się do pępka, odchyloną głowę i na wpół przymknięte oczy podczas orgazmu, niezmienną szybkość dłoni, napinanie pośladków, gdy rękę przesuwałem poniżej linii kolan, ułożenie ramion przy powitaniu. Pukanie do łazienki kiedy kończyłem prysznic i czekanie z ręcznikiem, by mnie wytrzeć. Pytanie czy nic mi nie jest, kiedy wydałem podejrzany według niego dźwięk.  Po zapachu skóry mogłem z nieomal bezgraniczną pewnością powiedzieć w jakim jest nastroju. Zresztą to i tak nie miało znaczenia. I właśnie wtedy zdałem sobie  z tego sprawę. Że tak właściwie było mi wszystko jedno. Po irytacji przyszła obojętność. Na mokrą poduszkę po długim śnie, na nieświeży oddech o poranku, z początku niezauważalny, na nieustanne czekanie kiedy wyjdzie z łazienki, na milion innych rzeczy.


 

(cdn)

skomentuj (7)
Spontaniczne "acha"